Nie lubię niezdecydowania. Może nie do końca samego niezdecydowania, ale nieustannego lawirowania pomiędzy dwiema opcjami. I raz decyzja że tak, za chwilę, że nie. Ale w sumie to... tak. Chociaż nie, zaraz, wróć. Ale wtedy... cóż, jednak tak. I tak w kółko. Szlag trafia, i to całkiem celnie.
Czymś takim można non stop dawać i odbierać nadzieję naprzemiennie, nie mając świadomości o kotle w czyimś mózgu. Wywoływać skrajną irytację. Włączać instynkty mordercze. Rozbawiać i co tylko.
Cały ambaras się zaczyna, gdy należy wybierać pomiędzy konsekwencjami. I ni diabła nie wiadomo, co gorsze. Albo własna przyszłość - można snuć dziesiątki scenariuszy, a i tak zaistnieje ten sto pierwszy, który nie został wymyślony przez nas.
Czym innym jest stanie pośrodku i czekanie na rozwój wypadków. To jest zagrywka strategiczna. Jakiś sposób na życie, ale on bardzo je zubaża. Nie ma się kontroli nad własnym żywotem. Czasem kra się rozdziela na dwie i pośrodku jest tylko woda o temperaturze prawie trzech stopni Celsjusza poniżej zera. Przeskakiwanie pomiędzy jednym kawałkiem lodu a drugim do bezpiecznych nie należy. Najlepiej byłoby wbić czekan z linką i trzymać ten drugi kawałek. Ale jest jedno ale: lód jest kruchy i przy wbiciu nic z drugiego kawałka kry może nie zostać.
I wtedy trzeba coś poświęcić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz