Za co? Za wszystko. Za swoje życie, za życie innych, bo
wpływamy na nich. Odpowiedzialność za nasz własny świat, w którym żyjemy. Za
naszą rzeczywistość. Każdy ma swoją rzeczywistość, bo każdy patrzy na ogół
zdarzeń z innej perspektywy.
I co z tą odpowiedzialnością?
Ano trzeba ją czasem udźwignąć. Lekka zwykle nie jest. Ale
konsekwencje bywają cięższe. A czasem się udaje jakoś od noszenia ich wymigać.
Najgorsza jest chyba odpowiedzialność grupowa, bo to tak trochę jakby oczekiwać
od świata, że wszystkie liście z jednego drzewa spadną konsekwentnie jednego
dnia, w jednym momencie. Wszystko jest dobrze, póki sami możemy decydować, czy
bierzemy tą cześć odpowiedzialności na siebie, czy nie. Schody się zaczynają,
gdy odpowiedzialność staje się obowiązkiem, bo wtedy wychodzi masło maślane.
Ogół obowiązków, które składają się na odpowiedzialność staje się jeszcze większym
obowiązkiem, poprzez odpowiedzialność, która się tym obowiązkiem staje. Nie,
nic nie wdychałam. To wygląda jak zadanie z matematyki, w którym iks większy od
igreka okazuje się być od niego dwukrotnie mniejszy. Równanie sprzeczne, ale
konieczne. I że niby z prawem na świecie jest łatwiej, bo to wtedy nie
anarchia? Z prawem nielogicznym to chaos w cyrku na kółkach. I wtedy dopiero
dzieją się cuda na kiju, czyli powstaje chora rzeczywistość. A nauka jest przy
tym bezsilna, bo to kwestia polityczno – społeczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz